czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział 1

 Spóźnię się do pracy. Jak nic. Boże, jeśli znudziłeś się tymi setkami modlitw ode mnie, to wysłuchaj chociażby tej. Ta wredna kreatura, która śmie się nazywać moim szefem, nie puści mi tego płazem. Nie tym razem. Głupi łysol, ale co ja poradzę, że tacy ludzie się rodzą. Chociaż jak wyzwał mnie od wolnych szczurów, to głośno powiedziałam "Serio, to ten plemnik wygrał?" i wskazałam na Niego, ale na całe szczęście skończyło się tylko na upomnieniu. Dobra, nienawidzę zimna. Nienawidzę chłodu, śniegu, bieli... U mnie we Włoszech nie ma śniegu, przynajmniej tam gdzie mieszkałam. Zawsze było cieplutko, suchutko, milutko... Co ja w ogóle robię w tym Londynie? Nienawidzę (za często używam tego słowa...) tego miasta, jest okropne.  Brudne, głośne, mokre, brzydkie, nudne i w ogóle. Mieszkam tutaj już 5 lat. Dlaczego ja stąd jeszcze nie wyjechałam? Jestem dorosła, mogę robić co chcę. Chociaż, raz już "pokazałam" moją dorosłość... Prasowałam sukienkę, kiedy nagle w drugim pokoju usłyszałam moją ukochaną piosenkę. Wybiegłam jak głupia i zaczęłam tańczyć, chyba nie muszę opowiadać co się stało z sukienką... Trzy wozy strażackie to nic w porównaniu do moich licznych tłumaczeń skierowanych w kierunku starszej pani Wilson, która nie dosłyszy na prawe ucho i zarzucała mi rozpoczęcie trzeciej wojny światowej... No nic, całe te miasto jest przeciwko mnie. Szukałam tutaj kogoś znajomego, w sensie mówiącego po włosku, ale nie... Chyba odkryłam powód mojej obecności w tej całej Anglii i nie są to rodzice, bo przecież oni są teraz gdzieś w Ameryce. Mój najlepszy przyjaciel, rodowity Brytyjczyk zabiłby mnie, gdybym chociaż próbowała myśleć o powrocie do ojczyzny. Dziwne, przecież do teraz zabiłby mnie około 54646385941541445 razy, joł. A tak swoją drogą, to ogłosili by mnie cudem, bo często bym zmartwychwstawała... Ok, próbuję odpalić tego starego rupiecia. Głupia mazda, zawsze psuje mi humor. Chociaż nie powiem, uratowała mi życie jak uciekałam przed facetem z ulotkami. Gonił mnie przez pół miasta. Otacza mnie banda debili. Kompletnych. Ooooo moja kochana stara Roberta odpaliła. Bóg mnie jednak kocha. Jadę szybko, chociaż i tak mam zaklepane spóźnienie. Jest ślisko. Nawet bardzo. Dobrze, że zaopatrzyłam Robcię w stare zimówki. Przejechałam chyba przez czerwone światło. Trudno. Słyszę właśnie, dzwonek mojego telefonu. Zaraz walnę ręką w kierownicę. Właśnie to zrobiłam. Nie patrząc na drogę, wyjmuję zniszczoną nokię i odbieram. Szefuniu. Wcisnęłam mu kit, że biorę udział w oględzinach stłuczki. Niech się biedak martwi. Nagle poczułam uderzenie w bok mojego auta. Zatrzymałam moją furę i wysiadłam z niej.
 -No i co zrobiłaś?- jakiś chłopak drze się na mnie, a nadal siedzi w aucie. Co za kultura!
 -Ja? To chyba co ty zrobiłeś! Moja biedna Robcia- pogłaskałam zbitą lampę. Chłopak zaczął się śmiać.
 -I z czego się cieszysz kretynie? Będziesz bulić- uniosłam głowę do góry.
 -Nie wiem kto Ci dał prawo jazdy, ale jak najszybciej powinni je Tobie odebrać.
 -To Ty mnie stuknąłeś- dźgnęłam go palcem w klatkę piersiową.
 -Tylko, że to nie ja przejechałem przez czerwone światło, to nie ja gadałem przez telefon w trakcie jazdy i to nie ja jechałem przed siebie bez ustąpienia pierwszeństwa- zaczęłam klnąc po włosku -Ładny akcent- wyszczerzył się.
 -Nie Twój interes- odparłam -Kurde, spóźnię się do pracy- spojrzałam na zegarek, była 10:30. Niby powiedziałam, że biorę udział w kolizji, ale...
 -Może załatwimy to tak...
 -Nie zgadzam się- zaczęłam kiwać na wszystkie strony
 -Ale ja jeszcze nic nie powiedziałem- uśmiechnął się. Ludzie, którzy uśmiechają się tak często jak on, są nienormalni.
 -I co z tego? Pewnie namówisz mnie na jakieś figo-fago, czy coś w tym stylu, a ja mówię "Nie!"- wykrzyczałam.
 -Daj mi skończyć- odparł spokojnie -Sprawa wygląda tak. Mam pęknięty zderzak, zbitą lampę i wgnieciony bok. Mój samochód jest drogi, więc nie wypłacisz mi odszkodowania za poniesione szkody do końca Twojego życia. Puszczę to w niepamięć pod jednym warunkiem- a jakże
 -Jakim?- miał rację. Auto wyglądało na najwyższej jakości, a nawet taka mała stłuczka, kosztowała by mnie fortunę. Nie mam kasy, po co sobie szukać wydatków. Zobaczymy co powie
 -Nie tutaj. Tam jest taka kawiarnia, wszystko Ci opowiem- powiedział.
 -A co z autami?
 -Jeszcze jeżdżą- znowu się uśmiechnął. Boże, jaki ten facet jest irytujący!
Weszliśmy do jakieś knajpki. Chyba droga, bo mnie tu nie było.
 -Spokojnie, nie zamierzam Cię zgwałcić- śmiech part któryś tam.
 -Wyglądasz na gwałciciela- zasugerowałam z normalną miną.
 -Dzięki- zarechotał. Boże, daj mi jeszcze odrobinkę cierpliwości...
 -Gadaj szybko, czego chcesz. Im szybciej pojawię się w robocie, tym jest więcej procent szansy, na zachowanie mojego tyłka- Znowu się uśmiechnął, jeszcze jeden raz...
 -Tak jak mówiłem, "naprawa" mojego auta, wyniosła by Cię zbyt dużo, a widzę, że na nadmiar forsy nie narzekasz- zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów -Więc pomyślałem, że moglibyśmy się jakoś dogadać.
 -Kontynuuj- oparłam się o wygodne krzesło
 -Koledzy z mojego klubu i reprezentacji, zaczynają się martwic o moją orientację...
 -Nie dziwię się- przerwałam mu -Ehh.... Mów dalej
 -No i pomyślałem sobie, że w zamian za ukrycie faktu, iż mój samochód stracił przez Ciebie trochę na wyglądzie, mogłabyś udawać moją dziewczynę- patrzyłam na Niego jak na przybysza z kosmosu
 -Ty tak na serio?- przyjrzałam mu się dokładnie.
 -Mogę nawet dopłacić- ożywił się
 -Ty jesteś jakiś nienormalny!- pokazałam środkowy palec, wzięłam kurtkę, którą wcześniej zdjęłam i już chciałam wychodzić, kiedy poczułam jak TEN chłopak bierze mnie za ramię
 -Dobrze się zastanów, zaoferuję tyle ile będziesz chciała- włożył mi do ręki kartkę z numerem telefonu.
Wybiegłam stamtąd szybko. Co za debil! Znowu zaczęłam klnąc w moim ojczystym języku. Żeby się szybko uspokoić, wyciągnęłam orzeźwiającą gumę do żucia i zjadłam wszystkie listki. Przypomniało mi się, że muszę jechać do pracy. Pomknęłam jak błyskawica. Ale nie czekały mnie dobre wiadomości. Szybko weszłam do budynku, po drodze gubiąc błyszczyk i kilka cukierków.
 -Berry do mnie!- ten buc zawsze musi tak wrzeszczeć?
 -Tak?- odparłam, gdy weszłam do pokoju przeznaczonego dla mojego pracodawcy.
 -Traktujesz moją pracę jak jakąś zabawę?- nawet nie dał mi odpowiedzieć.
 -Nie zatrudniamy ludzi nieodpowiedzialnych, więc będę musiał Ci podziękować za współpracę- zareagowałam spokojnie. Dziwn.e
 -Możesz nie kończyć zmiany- nawet nie zamierzałam. Szybko wzięłam swoje rzeczy i chciałam wychodzić, kiedy jakiś chłopak wylał na mnie zawartość swojej plastikowej butelki. Super, właśnie teraz najbardziej potrzebowałam,  lodowatej wody na sobie...
 -Przepraszam, tak bardzo przepraszam- wziął chusteczki i próbował wytrzeć moją mokrą koszulkę.
 -Tak mi głupio, nie zauważyłem Cię- wyglądał na przejętego.
 -Spoko, raczej doschnę- rzuciłam wychodząc.
 -Ej, zaczekaj!- pobiegł za mną -Chce Ci to jakoś wynagrodzić- znowu się zaczyna.
 -Nie trzeba- wsiadłam do auta i pojechałam do domu. Sen, tylko to mi potrzebne.
 
                                                       

 Do następnego!